I Stonoga! (4)

Tasiemce w trakcie realizacji.

Moderatorzy: Puchacz, Aratanooniel

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Al » 08 cze 2010, 15:33

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Powoli tworzony chomik z fanfiction - zapraszam: al-collection
Avatar użytkownika
Al
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 584
Dołączył(a): 12 lut 2008, 22:04

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 08 cze 2010, 19:48

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez morgan » 08 cze 2010, 21:52

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw...
Gadające głowy
Zanim dodacie temat, przeczytajcie: slash i f-f.
Avatar użytkownika
morgan
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 396
Dołączył(a): 12 maja 2009, 22:59
Lokalizacja: z podświadomości

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Al » 09 cze 2010, 01:49

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego.
Powoli tworzony chomik z fanfiction - zapraszam: al-collection
Avatar użytkownika
Al
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 584
Dołączył(a): 12 lut 2008, 22:04

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 09 cze 2010, 19:56

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Binia » 10 cze 2010, 20:03

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
Avatar użytkownika
Binia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 638
Dołączył(a): 02 lip 2009, 20:40
Lokalizacja: Poznań

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 11 cze 2010, 18:40

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Binia » 22 cze 2010, 15:20

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
Avatar użytkownika
Binia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 638
Dołączył(a): 02 lip 2009, 20:40
Lokalizacja: Poznań

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 23 cze 2010, 06:04

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę!
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Binia » 23 cze 2010, 11:47

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną.
Avatar użytkownika
Binia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 638
Dołączył(a): 02 lip 2009, 20:40
Lokalizacja: Poznań

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 24 cze 2010, 05:59

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną. Harry poczuł narastającą panikę - najpierw on, teraz Hermiona...
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez morgan » 24 cze 2010, 17:19

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną. Harry poczuł narastającą panikę - najpierw on, teraz Hermiona...
- Niech mi ktoś wytłumaczy w końcu, co się dzieje! - jęknął załamany, biegnąc.
Gadające głowy
Zanim dodacie temat, przeczytajcie: slash i f-f.
Avatar użytkownika
morgan
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 396
Dołączył(a): 12 maja 2009, 22:59
Lokalizacja: z podświadomości

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Binia » 27 cze 2010, 22:35

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną. Harry poczuł narastającą panikę - najpierw on, teraz Hermiona...
- Niech mi ktoś wytłumaczy w końcu, co się dzieje! - jęknął załamany, biegnąc.
- No bo, Hermiona leży w Skrzydle Szpitalnym, po tym jak Ron próbował ją udusić, przez co wylądował w Mungu a to s kolei doprowadziło do... - zaczęła mówić bardzo szybko panna Weasley, ale nie dokończyła, gdyż zobaczyła, coś co ją bardzo, ale to bardzo zaskoczyło.
Avatar użytkownika
Binia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 638
Dołączył(a): 02 lip 2009, 20:40
Lokalizacja: Poznań

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 29 cze 2010, 05:44

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną. Harry poczuł narastającą panikę - najpierw on, teraz Hermiona...
- Niech mi ktoś wytłumaczy w końcu, co się dzieje! - jęknął załamany, biegnąc.
- No bo, Hermiona leży w Skrzydle Szpitalnym, po tym jak Ron próbował ją udusić, przez co wylądował w Mungu a to s kolei doprowadziło do... - zaczęła mówić bardzo szybko panna Weasley, ale nie dokończyła, gdyż zobaczyła, coś co ją bardzo, ale to bardzo zaskoczyło. Oto stał przed nimi Draco Malfoy z bardzo zaciętą miną i różdżką jednoznacznie wyciąniętą w ich stronę.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Binia » 30 cze 2010, 10:13

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną. Harry poczuł narastającą panikę - najpierw on, teraz Hermiona...
- Niech mi ktoś wytłumaczy w końcu, co się dzieje! - jęknął załamany, biegnąc.
- No bo, Hermiona leży w Skrzydle Szpitalnym, po tym jak Ron próbował ją udusić, przez co wylądował w Mungu a to s kolei doprowadziło do... - zaczęła mówić bardzo szybko panna Weasley, ale nie dokończyła, gdyż zobaczyła, coś co ją bardzo, ale to bardzo zaskoczyło. Oto stał przed nimi Draco Malfoy z bardzo zaciętą miną i różdżką jednoznacznie wyciągniętą w ich stronę. Harry spojrzał w tą samą stronę i zdębiał, po czym powiedział:
- Draco, czemu celujesz w nas różdżką?
Avatar użytkownika
Binia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 638
Dołączył(a): 02 lip 2009, 20:40
Lokalizacja: Poznań

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Draconia Maleficia » 30 cze 2010, 19:54

Ron przyglądał się swojej twarzy w lustrze, wciąż był w szoku, że poprawił Hermionę, w związku z tym zastanawiał się czy rzeczywiście opętał go Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, czy... został geniuszem...? Przysunął się jeszcze bliżej szklanej tafli i przyglądał się każdemu piegowi z osobna, szukając oznak mogących dać jasne i niezaprzeczalne potwierdzenie dla jego geniuszu.
- Ech, chyba jednak zostałem geniuszem, bo żadna blizna mi po nim nie została - zaczął mówić sama do siebie, dalej przeglądając się w lustrze - może teraz Hermiona zgodzi się na randkę, skoro jestem geniuszem to nie przyniosę jej wstydu.
"Chcesz iść do Pottera, chcesz iść do Pottera" mówił cicho głosik w jego głowie.
- Merlinie i Godryku, on mnie jednak opętał - zaczął krzyczeć - ratunku!
"Nieee, to ja - twój głos geniuszu, mam na imię Gienek."
- Ja zwariowałem, zamkną mnie w św. Mungo na oddziale zamkniętym i co wtedy zrobi Hermiona beze mnie? - zadał pytanie na głos.
"Jeżeli będziesz słuchał Gienka, to zostaniesz jej mężem, obiecuję."
Ron najpierw uśmiechnął się do siebie, ale na myśl o rzeczach, które mógłby robić z Hermą, zaczął głośno i szaleńczo śmiać, niczym zły bohater mugolskich kreskówek. Jego nieuwagę wykorzystała mucha, która - bzycząc głośno i radośnie - wleciała mu do gardła.
Gienek zaczął się zastanawiać czy nawet tak genialny Głos Geniuszu, jakim był, może pomóc temu chłopcu. Nagle drzwi do łazienki otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadała jakaś osoba, Ron odwrócił się by zobaczyć kto to. Przetarł oczy, by upewnić się, że dobrze widzi - przed nim stał... on sam.
- Kim ty jesteś, na majtki Merlina?! - zawył Ron... no, jeden z Ronów
"Jesteś psychiczny, on żyje tylko w twojej wyobraźni" powiedział znudzony Gienek.

- Nie za mało was tam, co, nie brakuje jeszcze kogoś - zespołu death metalowego, na przykład?! - piszczał coraz cieniej Gryfon.
"Nie jesteś głodny, mój chłopcze?" zapytał niewinnie głosik.
- Skoro już mi o tym przypomniałeś, to rzeczywiście zjadłbym ciasto z melasą, podwójny pudding, pieczone ziemniaki... - rozpoczął swą litanię Ron.
Następnie wyszedł z łazienki i skierował się w stronę Wielkiej Sali, by zapełnić swą jakże wielką studnie bez dna zwaną również jego żołądkiem.

***

W tym samym czasie, choć kilka pięter niżej, Harry odzyskiwał przytomność. Spostrzegł że leży na bardzo zimnej podłodze, wokół jest ciemno a sądząc po wilgoci utrzymującej się w powietrzu, znajduje się w lochach. Próbował wstać, ale uniemożliwił mu to dotkliwy ból głowy i... związane nogi.
- Potter, Potter, Potter...
Do uszu Harry'ego doszedł złowrogi, cichy głos Mistrza Eliksirów, który nie wróżył za dobrze, raczej obiecywał długą i bolesną śmierć. Potter zacisnął ręce w pięści, poczuł narastającą złość skierowaną na tego mężczyznę. To on tu się stara, wyjawia mu swój największy sekret, że jest gejem, a ten jak mu się odpłaca? - zaczął narzekać w myślach Złoty Chłopiec Gryffindoru na swojego profesora.
- Nawet nie drgnij, Potter, bo znów się skaleczysz - powiedział kpiąco Severus.
- To chyba moje sprawa a nie twoja, czy mam jakieś rany - odpowiedział buntowniczo Harry. - I właśnie sobie pójdę, a co! - wykrzyknął, próbując się podnieść.
- Nie ruszaj się, ty nieznośny bachorze, czy ty nie możesz zrobić choć raz jak ci każę? - zdenerwował się Mistrz Eliksirów.
Harry nie przejął się jego słowami, tylko postanowił stanąć na nogi; wtedy uświadomił sobie, że jeszcze nie zdążył ich rozwiązać. Uświadomił to sobie, dość boleśnie, gdyż z powrotem wylądował na podłodze, obijając sobie miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Dlaczego mnie związałeś, ty ślizgoński brutalu? - wykrzyczał purpurowy ze złości Harry.
- Żebyś, nie zrobił sobie krzywdy, ale płonne były me nadzieje, więc czy teraz możesz się w końcu nie ruszać? - wysyczał Severus.
- Co ty, do licha, knujesz? - zapytał cicho Harry, a strach w jego oczach zwiększał się odwrotnie proporcjonalnie do dzielącego ich dystansu - tak, Snape zbliżał się do Pottera z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz... śpij - Severus pomachał Harry'emu przed oczami tajemniczą zawieszką i udał się w tylko sobie znane miejsce, zostawiając śpiącego chłopaka samego.

***

Napiętej sytuacji w Hogwarcie nie mógł ochłodzić nawet rzęsisty deszcz; otulająca zamek mgła ukryła dwóch chłopców spacerujących po szkolnych błoniach, młodzi nie przejmowali się tym, że mokną. Co jakiś czas przystawali nad brzegiem jeziora i wpatrywali się w nie, by za chwilę, o czymś zawzięcie porozmawiać.
- Draco, nie rozumiem - powiedział lekko zażenowany chłopak.
- Czego nie rozumiesz, przecież to jest bardzo proste, bierzesz swój wielki miecz do ręki i zanurzasz go w tym małym otworku... - zaczął na nowo wyjaśniać Ślizgon.
- Ale wiesz dokładnie, że to bardziej scyzoryk jest - powiedział niemrawo.
- Czy ty zawsze musisz mi przerywać, wracając do tematu, jak już mówiłem, musisz zanurzyć go w tym małym otworku, na początku może iść trochę ciężko, ale im więcej razy będziesz to robił, tym lepiej ci będzie wychodziło, rozumiesz teraz? - zapytał Draco.
- A może po prostu rzucę na niego zaklęcie przeciwko rdzy albo kupię nowy? - zapytał zrezygnowany Marcus.
- Z tobą są same problemy - nie dość, że flirtujesz z Potterem, to podajesz truciznę mnie, a nie TEJ osobie... nawet o pamiątkę rodzinną nie umiesz zadbać, hańba ci.
- Ale sam musisz przyznać, że chciałbyś mieć Pottera na kilka godzin sam na sam, smakowity z niego kąsek co nie? - zapytał starszy chłopak, kompletnie ignorując dalszą część zdania.
- Mniejsza o to, powiedz mi wreszcie czym mnie zatrułeś, czułem się tak, jakby stado hipogryfów orało mi brzuch... - zręcznie zmienił temat blondyn.
- Niczym cię nie zatrułem, po prostu przetestowałem pewien eliksir na tobie, jak będziesz miał nudności i zmienny nastrój wraz z powiększającym się brzuchem, to przyjdź do mnie ok?
Dracon zmienił się w słup soli, Marcus westchnął ciężko.
- Spokojnie, to tylko dziewięć miesięcy - dodał.
- Jakie dziewięć miesięcy, czyż tyś oszalał? Ja nie mogę być w żadnej ciąży! - zaczął krzyczeć zdenerwowany dziedzic rodu Malfoy'ów.
- Oto stał się cud - możesz, a tak zasadniczo to już nawet jesteś... - przerwał i zaczął podziwiać swoje upaprane błotem buty.
- Nie mogę być, przecież już mnie nie boli, Snape podał mi coś w Skrzydle Szpitalnym, chyba jakieś antidotum na te twoje poronione wynalazki - upierał się przy swoim Draco.
- Ale to nic nie da, bo połączyłem różne eliksiry wraz z mugolskimi środkami hormonalnymi i innymi rzeczami, więc nie masz wyboru, za dziewięć miesięcy będziesz szczęśliwą mamusią. - dopowiedział Marcus.
- Jesteś psychiczny, zbyt często przebywasz z Potterem - powiedział gniewnie Draco, odwrócił się i dumnie pomaszerował w stronę zamku.

***

Mistrz Eliksirów przemierzał właśnie korytarz w celu znalezienia swojego tajnego schowka, kiedy zobaczył Dracona biegnącego w jego kierunku i wrzeszczącego:
- Profesorze Snape, Severusie! Ja jestem w ciąży, albo z tobą, albo z Potterem lub z tym, no... duchem albo z wami wszystkimi naraz, pomóż mi! - wykrzyczał zdesperowany Książę Slytherinu.
- Nie panikuj, podałem ci wcześniej odpowiedni eliksir... przypadkowo usłyszałem o badaniach Marcusa, chyba będę z nim musiał porozmawiać - odpowiedział lekko zirytowany profesor. - Mniejsza o to, szukałem cię, ponieważ mamy do omówienia sprawę ślubu Marty i Barona.
- A co z nim nie tak? Skoro go udzieliłem, to jest ważny co nie? - zapytał naiwnie Draco.
Severus prychnął, ponieważ wiedział doskonale, że ceremonia została zakłócona, więc nie dobiegła do końca i coś może być z nią "nie tak".
- Swe pytania zachowaj na później, trzeba teraz znaleźć parę młodą, niemłodych duchów.
- Są młodzi duchem, profesorze - powiedział i niechętnie poszedł za nauczycielem. Wyszli z lochów i skierowali się na drugie piętro do łazienki Jęczącej Marty oraz być może i Krwawego Barona. Niestety na drodze stanął im Irytek, który w tym właśnie czasie żonglował krzesłami na korytarzu na drugim pietrze i rzucał nimi w każdego, kto się zbliżył.
- Mam krzesło i nie zawaham się go użyć! - krzyknął poltergeist i rozpoczął atak.
Snape krzyknął "apage", Iryt wrzasnął przestraszony, a sekundę później nie było po nim śladu; krzesła spadły z hukiem na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? Nie żeby było mi go żal, po prostu jestem ciekaw? - zapytał młody Ślizgon.

***
Jęcząca Marta nie planowała histeryzować i płakać, o nie - koniec z nieogarniętą dziewczynką, czas na zmiany.
- Po pierwsze muszę zacząć się ubierać inaczej, może fiolet, albo niebieski... z włosami też by się przydało coś zrobić może obciąć? - zaczęła zastanawiać się na głos. - Obetnę i przefarbuję na blond, jasny, bardzo, bardzo jasny blond - zawyrokowała, kiwając głową z uznaniem.
- Ma kochana co chcesz i jakiemu blondwłosemu chłopcu obciąć? - zadał pytanie małżonek, nie bardzo wiedząc, co jego żona mówi do siebie.
- Yyy, wyyyjdź! - zawyła - tooo ma być niespodziaaankaaa!
Gdy Krwawy Baron wyszedł z pomieszczenia, Marta uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła malować paznokcie bezbarwnym lakierem, myśląc o wizycie u Madame Duszki, fryzjerki dla niematerialnych. Przeszło jej przez myśl, że mogła zabrać się za to przed ślubem, ale zbytnio się nie przejęła - w końcu metamorfoza przez nocą poślubną może być niezwykle ekscytującym dodatkiem.

***
Harry leżał związany i zastanawiał się jak uciec, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Co prawda jego pomysłów nikt nigdy wcześniej nie śmiał nazywać genialnymi, jednak teraz młody Potter nie wątpił, że każdy, kto pozna jego zamysł, od razu okrzyknie go iście mistrzowskim planem za swą prostotę, a przy tym stuprocentową niezawodność. Gryfon niezwłocznie przystąpił do realizacji. Plan polegał na cierpliwym i wytrwałym poczekaniu na Snape'a i błagalnym proszeniu o wolność. Ułożył się we w miarę wygodnej pozycji i przybrał na twarz zrozpaczony wyraz, by wyglądać... odpowiednio i leżał. Jak na złość, Severus nie zjawiał się przez długie godziny, jakby nagle stracił wszelkie zainteresowanie swoim więźniem, przez co Harry dostał skurczu wszystkich mięśni potrzebnych do wyrażania rozpaczy. Na jego twarzy zamiast wyrazu rozpaczy znajdował się grymas niezadowolenia, a całe ciało drżało z zimna i bezsilności. Jak on mógł, na Merlina, jak on mógł go tak porzucić, opuścić, zostawić, odejść od niego, robić to, co właśnie robił, na dodatek związując i zamykając go w ciemnym i wilgotnym lochu?! Czy on nie zdaje sobie sprawy jaką ma delikatną skórę i jak jest podatny na różne choroby, przecież on jako bohater nie może zachorować, czy choćby się przeziębić! Harry miał już ostatecznie pogrążyć się w czarnej rozpaczy, gdy zasuwa skrzypnęła zgrzytliwie, po czym ktoś otworzył ciężkie drzwi.
- No nareszcie, ile można tak czekać?! - palnął bez zastanowienia Harry, po czym wydał zduszony okrzyk, zauważając, kto stoi w drzwiach. Nie stał w nich żaden Severus, ba żaden nauczyciel, osobą tam znajdującą się tam okazał się być Korneliusz Knot.
- Panie Potter, sprawa jest ważna, proszę się nie wygłupiać i wstać - powiedział jednym tchem mężczyzna, tradycyjnie tarmosząc melonik.
- Panie Ministrze, to raczej niemożliwe, jestem związany, może mi pan pomóc? - zapytał chłopak, definitywnie rezygnując z czekania na Snape'a.
- Przykro mi, panie Potter, ale... to niewykonywalne - wypalił i uciekł wzrokiem w bok, zdeterminowany nie spojrzeć zszokowanemu chłopcu w oczy.
- Ale... dlaczego? - zapytał niepewnie chłopak.
- Ponieważ panie Potter, jest pan naszym wybawcą i takie rzeczy jak uwolnienie się, powinien mieć pan opanowane do perfekcji w razie porwania. - odrzekł pewnie minister. - Oczekujemy od pana, że zbawi pan cały magiczny świat, ocali nas przed Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i sprawi, że żyć będziemy w krainie mlekiem i miodem płynącą - czy wobec tego uważa pan, że jest w pana życiu miejsce na taką głupią sielankę, jaką uprawia pan teraz, poprzez zadawanie głupich pytani i wylegiwanie się?
- Czy jesteś tak durny, że nie widzisz, że wcale nie odpoczywam, tylko ruszyć się nie mogę?!
Minister niemal zapowietrzył się w akcie świętego oburzenia, przy czym zapomniał o gnieceniu melonika i upuszczając go, spłoszył szczura przypatrującego się uważnie zaistniałej scenie.

***

Severus razem z Draco, dotarli do łazienki dziewczyn, lecz to co tam zastali przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Obaj mężczyźni, i starszy, i młodszy, z niedowierzaniem patrzyli na całujących się "państwa młodych" - najwyraźniej niecierpliwy Baron nie miał zamiaru czekać na swą ślubną nagrodę ani chwili dłużej. Z szoku jako pierwszy otrząsnął się Severus. Wymamrotał pod nosem zaklęcie, które miało niepowtarzalny skutek. Przeniosło duchy w nieznane mu miejsce.
- Profesorze, a poco tu przyszliśmy, skoro wysłałeś gdzieś duchy, a tak właściwie, to gdzie je wysłałeś?

Krwawy Baron i Jęcząca Marta zadawali sobie podobne pytania, gdy stanęli przed małym budynkiem, którego drzwi zdobiły arabeski, a wysokie okna zdobiły wspaniałe witraże. W pewnym momencie zauważyli, że na dachu budynku znajduje się krzyż, zaciekawieni więc podlecieli do niego.
- Proszę, moi drodzy, wejście jest tutaj! - zawołał inny duch, otwierając drzwi.
- Co to za miejsce? - zapytała Marta wlatując do środka.
- To, drogie dziecko, jest Świątynia Półprzejścia, tutaj odbywają się ceremonie i różne uroczystości dla duchów.
- Ale my już wzięliśmy ślub, po co się tu znaleźliśmy? - zapytał zdziwiony Baron.
- Mnie o to pytacie? - zapytał duch i prychnął wyniośle.
- A kogo mamy zatem zapytać, jak nie ciebie, w jednej chwili byliśmy w Hogwarcie, a w następnej jesteśmy tutaj.
Mędrzec zamyślił się, a następnie powiedział:
- Może to przeznaczenie, czy wasz ślub jest ważny?
- Eee... raczej tak, Draco bardzo się starał, a to że przez chwilkę przerwano to nic nie znaczy prawda, mój mężusiu?
- Śluby udzielone duchom przez smoki się absolutnie nie liczą! - wykrzyknął.
- Ale Draco nie jest smokiem! To czarodziej!
Duch uspokoił Martę, ponieważ powiedział, że ślub jest ważny i życzył im wiele szczęścia na nowej drodze życia.
- Co powiesz na podróż poślubną moja miła?
- Z tobą: zawsze! - dziwny duch ściągnął z twarzy maskę mężczyzny i okazało się, że jest żoną Barona z poprzedniego życia!
- CO?! - wykrzyczał bardzo zdziwiony Krwawy Baron, po czym zemdlał.
Marta westchnęła głęboko i zniknęła... na zawsze.

***

Minister zapomniawszy po co przyszedł do komnat Mistrza Eliksirów odwrócił się na pięcie i wyszedł. Na ten dziwny widok Harry zamarł, podobnie krępujące go więzy, które nagle opadły - jednak nie same, zdjęła je osoba, która właśnie wkroczyła do pomieszczenia. Postać owa ubrana była w długą, czarną szatę, przez której środek od początku do końca biegł rządek malutkich guziczków.
- Będzie lepiej, jak zapomnisz o wszystkim, więc... olbiviate!
Błysnęło niebieskie światło, a Harry, który ledwie zdążył usiąść s powrotem upadł na podłogę z błędnym wzrokiem.
- Właśnie wybierałeś się do swojego przyjaciela, panie Potter, radzę się pośpieszyć - powiedział Snape i uśmiechnął się wrednie.
Harry wypadł z komnat jakby go stado wilków goniło, gdy tylko zauważył gdzie się znajduje i kto do niego mówi. Nie wiedział, co się działo z Ronem, ale był pewny, że musi się z nim zobaczyć. Spojrzał na zegarek, była pora obiadu, więc skierował się do Wielkiej Sali. Gdy tam wpadł, byli już wszyscy, lecz on szukał oczami rudej głowy.Spostrzegł za to Hermionę, która pomimo wcześniejszego osłabienia, czuła się dość dobrze i przywitała go radośnie.
- Nie widziałaś może R... - nie dokończył zdania Harry, gdyż właśnie dostrzegł Rona, który wchodził do sali.
Młody Weasley wyciągnął różdżkę (zgodnie z tym, co mu podpowiadał głosik) i skierował ją na Pottera.
- Ron co ty robisz?! - wykrzyczał zdziwiony młody Potter.
- Ratuję ci życie, uwierz mojemu wewnętrznemu głosowi! - odkrzyknął.
Zanim zdążył zastanowić się nad słowami przyjaciela, ujrzał nadlatujący w jego stronę promień. Przez parę sekund stał oniemiały a następnie leżał na podłodze pociągnięty przez Hermionę.
- Musimy go zabrać do pielęgniarki, od rana dzieje się z nim coś złego! - wykrzyknęła Granger. Następnie skierowała różdżkę na Rona i oszołomiła go jednym celnym zaklęciem. Kiedy chłopak zderzył się z posadzką, z jego ciała posypały się tajemnicze iskry, układające się w tajemnicze zdanie: "Posłuchajcie mnie, Harry jest...", niestety na dokończenie zabrakło już magii.
McGonagall natychmiast zrozumiała, kto odpowiadał za dziwne zachowanie uczniów i nauczycieli... ktoś, kto chciał odwrócić uwagę od swojej prawdziwej ofiary. "Trzeba natychmiast znaleźć Albusa" - pomyślała zdenerwowana.
- Panno Granger i panie Potter, proszę zabrać pana Weasleya do Skrzydła Szpitalnego i tam na nas czekać a ja w tym czasie udam się po dyrektora. Dwoje Gryfonów natychmiast spełniło polecenie, biorąc swego przyjaciela pod ręce i powoli ciągnąc w stronę gabinetu pielęgniarki. Minerwa w tym samym czasie poszła do gabinetu dyrektora, wymówiwszy hasło zapukała do drzwi i weszła.
- To już nie może dłużej czekać, musimy porozmawiać! - krzyknęła odrobinę zbyt nerwowo jak na swoje usposobienie.
- Minerwo uspokój się, usiądź, wypij herbatkę i powiedz co się stało a przy okazji cytrynowego dropsa? - zapytał łagodnie Dumbledore z wesołymi ognikami w oczach.
- To nie jest pora na pogawędki przy herbatce, jednemu z moich uczniów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - rzekła, a Albus natychmiast spoważniał.
- Zaprowadź mnie w takim razie do niego, a po drodze wytłumacz, komu, co i w jaki sposób grozi. - powiedział dyrektor, wstając z fotela.
- Na początek najgorsza wiadomość: właśnie przed chwilą próbował rzucić zaklęcie na Pottera, gdyby nie panna Granger... - znacząco zawiesiła głos.
- Nic się Harry'emu nie stało? Kto próbował rzucić na niego zaklęcie i jakie ono było? Gdzie przebywa ta osoba i Harry? - zaczął zadawać pytania Dumbledore schodząc po schodach.
- Uspokój się Albusie, nic poważnego, na szczęście się nie stało, Harry jest bezpieczny, ale pan Weasley....Musimy go trzymać z daleka od Pottera - spojrzała w zaniepokojone, niebieskie oczy dyrektora.
- Jak rozumiem obaj chłopcy są w Skrzydle Szpitalnym? Trzeba jak najszybciej zatem sprawdzić co się stało z panem Weasleyem, w razie czego mogę się zawsze skontaktować z magami z Świętego Munga. I trzeba też jak najszybciej sprowadzić tu państwa Weasley, może zauważyli ostatnio coś niepokojącego. Tak, tak, ale najpierw udajmy się do Skrzydła Szpitalnego, może tam się czegoś jeszcze dowiemy, trzeba by również przepytać Harry'ego, Hermionę i innych Gryfonów, czy czegoś podejrzanego w jego zachowaniu ostatnim czasem nie było.

***

- Hermiono, cofnij zaklęcie, on chyba chce ci coś powiedzieć - zaczął ostrożnie Harry, bacznie obserwując Rona.
- Cofnę, ale tylko żeby mówił, nie mam zamiaru ryzykować twoim, jego i swoim zdrowiem, także nadal nie będzie mógł się ruszać ok?
Harry pokiwał głową i obserwował jak Hermiona, jednym, wprawnym ruchem różdżki, zdejmuje zaklęcie. Rudzielec powoli otworzył oczy i popatrzył na przyjaciół, jego twarz rozświetlił blady uśmiech. Harry z Hermioną zerknęli na siebie z ze zdziwieniem, po czym z powrotem popatrzyli na Rona.
- Eee, Ron? - wydukał Harry. - Ron, słyszysz mnie? - zapytał. Nie widząc reakcji przyjaciela, po raz kolejny spojrzał na Hermioną, w nadziei, iż ona coś wymyśli.
- Obawiam się, że tutaj pomoże tylko Święty Mungo.
- Och - jęknął Harry. - Nie ma jakiegoś zaklęcia, czy coś? - rzucił pomysłem.
Dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, ponieważ do Skrzydła Szpitalnego wpadł dyrektor razem z McGonagall.
- Potter, Granger! - Ostry głos profesorki potoczył się po szpitalnych ścianach. - Odsuńcie się od niego, może być niebezpieczny!
Harry razem z Hermioną jak na komendę odwrócili się przodem do profesorów i popatrzyli na nich mocno zdziwieni.
- Ron to idiota, owszem - zaczęła rzeczowo Hermiona - ale nieszkodliwy...
- Co pani mówi, panno Granger sama widziałam co działo się w Wielkiej Sali, a teraz czy możecie się wreszcie od niego odsunąć?! - zapytała Minerwa zbliżając się do łóżka razem z Albusem.
- Nie, dopóki nie dostaniemy pewności, że nie zrobi pani mu nic złego. - Harry przybliżył się do Rona jeszcze bardziej, tak samo jak Hermiona.
- Na Merlina panie Potter, panno Granger co się dzisiaj z wami dzieje, Albusie mógłbyś mnie poprzeć. - powiedziała już mocno zirytowana profesor transmutacji.
- Minerwo! Czymże jest siła przyjaźni w obliczu tak prozaicznej rzeczy, jak zdrowy rozsądek? - zapytał dyrektor, błyszcząc oczyma znad okularów połówek.
- Et tu, Brute, contra me?! - wykrzyczała zdziwiona McGonagall, po czym wybiegła ze Skrzydła Szpitalnego zatrzaskując drzwi. Dumbledore spojrzał na chłopców wzrokiem mówiącym "co ja takiego zrobiłem?", po czym uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
- No więc, opowiedzcie mi teraz wszystko od początku do końca. - powiedział Dumbledore siadając na łóżku obok. - No więc? - zapytał po dłuższej chwili milczenia, spoglądając to na Harrego, to na Hermionę.
- No bo....
- Zaczęło.... - Gryfoni zaczęli na raz mówić
- Giiiieneeeek zaczął! - ryknął Ron, po czym upadł na podłogę, straciwszy przytomność.
- Gieniek? Jaki Gienek? O czym o mówi? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Hermiona... żona... - Dolna warga Rona zaczęła niebezpiecznie drgać. - On obieeecaaał! - Weasley rzucił się z płaczem na podłogę.
- Panie profesorze, proponuję, by zawiadomić Świętego Mungo i rodziców Rona, ponieważ obawiam się, że sami sobie nie poradzimy. - zaproponowała Hermiona tonem Wiem-To-Wszystko.
- Wygląda na to, że nie mamy wyjścia, chociaż chciałem tego uniknąć - rzekł dyrektor zmartwionym głosem.
- To my tu zostaniemy i go przypilnujemy, a profesor może w tym czasie załatwić to co potrzeba. - powiedział Harry, który miał już powoli dość tego dnia.
Ron w tym czasie odzyskał przytomność i zaczął się tłumaczyć zdziwionej trójce czarodziejów:
- Słuchajcie, to Gienek... Hermiono, on...
- Ron, leż spokojnie, postaramy ci się jakoś pomóc, ale błagam, nie nadwerężaj się - dziewczyna spojrzała na rudzielca z niepokojem, po czym przeniosła wzrok na Harry'ego. - Boję się o niego - odparła, a jej oczy zaszkliły się łzami.
- Hermi, czemu nawet nie chcecie mnie wysłuchać? To wszystko wina Gienka - Ron podniósł się na łokciach. Hermiona, gdy tylko to usłyszała, wybuchła głośnym płaczem, po czym wybiegła z Skrzydła Szpitalnego. - Błagam, wysłuchajcie mnie! - krzyczał Ron. Gdyby tylko dali mu dojść do słowa...
Jednak przyjaciele byli nieugięci, Hermiona zagłuszała go swoją troską, zaś Harry po prostu nie zwracał uwagi na jego mętne wyjaśnienia. Postanowił zrezygnować z trudów powiedzenia im prawdy. Musiał mieć plan. Poczeka, aż wreszcie stąd wyjdą, i zacznie działać, musi im udowodnić że ma rację.
- Hermiona - zakasłam ostentacyjnie - napiłbym się szklanki wody...
- Już podaję... - szepnęła, odwracając się, i właśnie wtedy Weasley postanowił zadziałać. Poderwał się z łóżka i chwycił ją za rękę, zanim podniosła dzbanek, mentalnie przyzwał Gienka. - Ron! - krzyknęła przerażona, próbując się wyszarpać.
Jednak rudzielec wiedział, że za wszelką cenę nie może pozwolić dziewczynie się wyrwać, zacisnął więc mocniej palce na jej przegubie. Krzyknął przerażony, gdy ugryzła go w rękę. Hermiona odskoczyła na bezpieczną odległość i popatrzyła nieufnie na przyjaciela mówiąc: - Ron, proszę cię, daj sobie pomóc, wszystko może być jeszcze normalne...
- Więc mnie wysłuchajcie! - jego głos przesiąknięty był rozpaczą.
- Dobrze, ale to twoja ostatnia szansa, masz trzy minuty - zastrzegła Hermiona, jednocześnie unieruchamiając Rona.
- To wszystko dzieje się, b... - resztę wypowiedzi Weasley'a zagłuszył trzask otwieranych z rozmachem drzwi.
Do sali wpadli Snape, McGonagall i pani Pomfrey, wszyscy mieli na twarzach wypisane przerażenie.
- Cofnijcie się, zanim zrobi wam coś złego, trzeba go odizolować! - krzyczała przejęta dyrektorka. Na co Ron wraz z Hermioną sapnęli zgodnie - znowu?! - po czym Granger dodała już spokojniej - przepraszam bardzo, ale tą kwestię już chyba wyjaśniliśmy.
- Posłuchajcie - rzekła już spokojniej McGonagall - wiem, że chcecie pomóc swemu przyjacielowi, ale uwierzcie, najlepiej zrobicie zostawiając to nam, starszym.
Hermiona czuła, że opiekunka jej domu nie ma racji, ale postanowiła wykonać polecenie. Z niejakim ociąganiem odsunęła się od łóżka Ron'a, robiąc miejsce profesor od transmutacji.
- Panie Weasley, proszę nam opowiedzieć co się właściwie stało - rzekł spokojnym głosem Snape.
- To wszystko wina Gienka! Nie, moment, Harry'ego! Nie, nie, to było jeszcze wcześniej... To pana wina! Nie, to znowu nie to... Już wiem! To wszystko wina Krwawego Barona, Jęczącej Marty i tego, że pan pieprzy mojego przyjaciela! - wykrzyknął Ron.
- O czym ty mówisz, chłopcze? Wygląda na to, że postradałeś zmysły - Drops patrzył na rudzielca z rosnącym niepokojem.
- Wcale nie oszalałem - oburzył się Weasley - tak naprawdę, to jestem geniuszem- poprawiłem Hermionę!
- Więc proszę nam wreszcie powiedzieć co się stało, czemu zaatakował pan Harry'ego?
- Jak to, nie wiecie dlaczego?! - krzyknął zapalczywie rudzielec i zaczął tłumaczyć.

***
W tym samym czasie Draco opuściwszy łazienkę udał się do Pokoju Wspólnego, by dowiedzieć, się, czy ktoś może wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Był zdenerwowany, ba!, wściekły. Jak oni mogli mieć wątpliwość, że udzielony przez niego ślub nie jest ważny, toć to zniewaga!
Skoro nie wierzą, trzeba im to udowodnić - pomyślał rozeźlony. Zbliżając się do obrazu strzegącego wejścia, wpadł na fantastyczny pomysł, który wykona przy najbliżej okazji.
Gdy przechodził do Pokoju Wspólnego, nagle wpadł na kogoś. Owym kimś okazał się nie kto inny jak sam Marcus.
- A co ty tu robisz?! - zapytał zdezorientowany blondyn.
- Szukałem cię, kochanie; poznajesz to? - zapytał chłopak, machając przed oczami Draco pewnym przedmiotem, na widok którego jego oczy wyszły z orbit.
- Skad...Skąd go masz?! - jego głos lekko się załamał. Był to prezent, jaki podarował Harry'emu, czyżby ten go wyrzucił?
- Och, nie ekscytuj się tak Draco, ja go tylko na chwilkę pożyczyłem... - chłopak z uśmiechem zmrużył oczy.
- Jak to pożyczyłeś i skąd go masz? - wykrzyczał zdenerwowany panicz Malfoy.
- Ale naprawdę nie denerwuj się tak, mój drogi, nie wiesz że złośc piękności szkodzi? Skąd mam, skąd mam... Leżał w przejściu i zagradzał drogę, to go podniosłem... - powiedział bez śladu skruchy. Po tym wyznaniu, Draco poczuł, że jego serce pęka na milion kawałków. Jednocześnie poczuł rodzącą się w jego wnętrzu zimną złość - "On mi za to zapłaci!" pomyślał, czując, że nie wie, czy jest bardziej wściekły, nieszczęśliwy czy upokorzony.
- Ej no, gdybym wiedział, że tak się wkurzysz... - położył dłoń na ramieniu blondyna, lecz ten natychmiast strącił ją ze złością.
-Nie dotykaj mnie! - syknął Malfoy, odwracając się. Marcus bardzo zdziwiony tym gwałtownym zachowaniem młodego Ślizgona cofną się o krok.
-Sorry - wymruczał, obserwując Draco z ostrożną podejrzliwością.
- A teraz posłuchaj. Odniesiesz to, natychmiast. I jeśli jeszcze raz ruszysz, połamię ci ręce. Rozumiemy się? - jego oczy ciskały błyskawice. - A jeśli nie.... - zawiesił sugestywnie głos, sprawiając, że Marcus cofnął się przełykając głośno ślinę.
- No już... Nie denerwuj się tak...- szepnął chłopak, po czym wykonał nagły zwrot, uciekając w popłochu. Książę Slytherinu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym postanowił, że poszuka pewnego zielonookiego Gryfona. A gdy go znajdzie... no cóż, Potter albo znajdzie dobrą wymówkę, albo naprawdę pożałuje swojego występku. Miał szczęście, w oddali zamajaczyły mu plecy chłopaka, podbiegł więc do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Poter, zaraz sobie porozmawia... -zaczął z fałszywą uprzejmością, zaraz jednak zamilkł, wpatrując się z zaskoczeniem w twarz Harry'ego. Wyrażała ona rozpacz, ale to nie wyraz twarzy zwrócił jego uwagę a oczy, dojrzał w nich ogromny smutek. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, chłopak objął go, mocno do siebie przytulając i sprawiając, że z Draco całkowicie wyparowało pragnienie zemsty. Jak w amoku objął go ramionami i zaczął głaskać po plecach oraz po głowie.
-Hwriona go ugryzła.... zaraziła się... Ron-nicą....Gienkowatą - wymruczał niezrozumiale Harry.
- Harry, kochanie, powtórz jeszcze raz ale powoli, albo nie choć do mnie do pokoju, tam mi wszystko opowiesz.
Chłopak pokiwał zgodnie głową, i pozwolił zaprowadzić się do lochów, szczęśliwie w drodze do sypialni nie napotykając nikogo. Draco wypowiedział hasło i przepuścił przodem Harry'ego, po czym usiadł na kanapie ciągnąc Gryfona na swoje kolana.
-No opowiadaj - mruknął, głaskając lekko Pottera po rozczochranych włosach.
-Za.. zaczęło się od ślubu.... bo zo zostawiłem i wiadomość, że.... - zaczął opowiadać Harry, jednocześnie powoli się uspokajając.
Poczekaj - Draco przerwał mu - mów od samego początku, chodzi Ci o ślub Barona, tak?
-Taak, o ten ślub chodzi, no bo zostawiłem im kartkę i... - zaczął na nowo zielonooki. - No i przez to Ron.. zachorował.
-Nie martw się kochany, będzie dobrze, w Świętym Mungo mu pomogą, będziemy go odwiedzać... - zaczął Draco.
-No ale on zaraża, rozumiesz, no i - Harry wykrzyknął - noi i zaraził już Hermionę!
- Jak to zaraża!? - wyszeptał Draco z niedowierzaniem, walcząc z chęcią zrzucenia Gryfona z kolan.
-Przrez ugryzienie, znaczy... to jego trzeba ugryźć, chyba inaczej się nie da. - Potter stwierdził z niepewnością.
- Ale ty się z nimi nie gryzłeś prawda, nie zdradziłbyś mnie, co nie?
- Draco - Harry spojrzał na niego jak na idiotę - Po pierwsze to Ron jest no... wiesz, Hermiony, a po drugie, czy pomyślałeś, co zrobimy jeśli to nie jedyna droga zarażania- jeśli można zarazić się przez powietrze lub dotyk?
- Harry zastanów się chwilę, czy z Granger też jest coś nie tak, czy tylko z Weasleyem oraz czy czujesz się jakoś dziwnie, co?
-Hermiona też słyszy Gienka!
- Do cholery, co mnie obchodzi Granger! Chcę wiedzieć, czy ty się zaraziłeś! TY jesteś dla mnie ważny, rozumiesz?! - gdy tylko wykrzyczał ostanie zdanie, zobaczył w oczach Harry'ego, coś co bardzo go zaskoczyło.
-Gieniek mówi, że powwinienem Ci powiedzieć że cię kocham - stwierdził Harry dziwnym, płaskim głosem, a jego czerwone źrenice rozbłysły żywym ogniem.
Draco spojrzał na niego, czując narastającą panikę - co się dziś do jasnej anielki działo z tymi Gryfonami - najpierw Weasley, teraz Potter...
Będzie musiał to sprawdzić, ale najpierw... Najpierw musi unieruchomić Pottera zanim ten zarazi i jego. Nim brunet zdążył choćby mrugnąć, Draco wyciągnął różdżkę zza paska spodni i wycelował ją w zaskoczonego chłopaka.
- Draco, co ty chcesz zrobić? - zapytał już normalnym głosem Gryfon.
- Drętwo... - zaczął Malfoy, lecz w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł kłębek osób, ciuchów i bliżej niezidentyfikowanych rzeczy, które, to wydawały z siebie odgłosy, podobne do szamoczących się uczniów.
- Haryy, pomóż! - z kłębowiska dał sie słyszeć piskliwy głos Ginny - pomóż, Ron próbował zabić Hermionę! Harry szybko poderwał się z kolan Ślizgona i popędził w stronę drzwi, a za nim Draco z niezbyt szczęśliwą miną. Harry poczuł narastającą panikę - najpierw on, teraz Hermiona...
- Niech mi ktoś wytłumaczy w końcu, co się dzieje! - jęknął załamany, biegnąc.
- No bo, Hermiona leży w Skrzydle Szpitalnym, po tym jak Ron próbował ją udusić, przez co wylądował w Mungu a to s kolei doprowadziło do... - zaczęła mówić bardzo szybko panna Weasley, ale nie dokończyła, gdyż zobaczyła, coś co ją bardzo, ale to bardzo zaskoczyło. Oto stał przed nimi Draco Malfoy z bardzo zaciętą miną i różdżką jednoznacznie wyciągniętą w ich stronę. Harry spojrzał w tą samą stronę i zdębiał, po czym powiedział:
- Draco, czemu celujesz w nas różdżką?
- Bo nie moge pozwolić by ta choroba rozprzestrzeniła się dalej, pewnie wszyscy jesteście już zarażeni - blondyn skrzywił się nieznacznie.
Draconia Maleficia
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 386
Dołączył(a): 08 mar 2010, 00:59
Lokalizacja: Józefów

Re: Stonoga! (4)

Postprzez Puchacz » 01 lip 2010, 21:32

Obrazek

Podążaj za białym królikiem.
Modzi widzą przez peleryny niewidki.


Pusia lubiła swój zielony balonik...!
Avatar użytkownika
Puchacz
Moderator
Moderator
Imperator ExLibris
Imperator ExLibris
 
Posty: 841
Dołączył(a): 11 kwi 2009, 23:05

Poprzednia strona

Powrót do Tasiemce

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość